Z jakichś powodów często czujemy się sami, samotni. Tacy jesteśmy, trochę porzuceni, troszkę zaniedbywani. Trudni lub inni. Czasem zdani na łaskę innych, zwłaszcza gdy chorzy i bezsilni.
Samotność odbiera nam siły, potrzebujemy wyjścia z ukrycia i skrzydeł... by ulecieć, unieść się... Porażki - nawet te towarzyszące nam tylko czasami - odbieramy jako karę i regułę, dopisując do nich dziwną filozofię, wróżąc ich nieodwracalność... Boimy się, że sytuacja się nie zmieni. Że przygniecie nas każdy kolejny cios.
Śmierć bliskiej osoby wyostrza jeszcze bardziej takie myślenie o sobie.
Myślimy o sobie jak o jakiejś ofierze, kimś kogo pech i fatum nie opuszcza. Kto utrzymuje jakieś nieszczęście blisko... A to wszystko powoduje, że stajemy się jeszcze bardziej bezbronni, podatni na zranienie, na cierpienie, ból... Oddalamy się od ludzi, oświadczamy że nie potrzebujemy litości i pomocy. Źle kojarzymy cudze zainteresowanie i przejęcie innych. Oddanie brzmi fałszywie i zbyt fantastycznie.
Przegrywamy już samym tym myśleniem o naszym życiu, wegetacji już tylko, unieruchomieniu, zatrzymaniu funkcji - odbieramy mu złudzenia, marzenia i szanse. Brak wiary i nadziei to nasz chleb powszedni.
Tkwimy w bólu nie mogąc się podnieść ze straty. Otaczający nas bliscy nie wiedzą jak rozmawiać, co przy nas mówić, czy podejść i przytulić...
Przepaść pogłębia się między nami a rzeczywistością, w żadnym z tych światów nie jest nam dobrze. Może dlatego ktoś świadomie i cały czas żyje jedynie wspomnieniami. Ktoś inny wydaje się najgorszą z opcji - przecież nie nawiążę już żadnej trwałej relacji, nie zaufam i nie pokocham po to właśnie, by nie utracić, nie przeżyć utraty - jeszcze raz.
Samotność odbiera nam siły, odbiera nadzieję oraz wyobraźnię...
Samotność odbiera nam siły, potrzebujemy wyjścia z ukrycia i skrzydeł... by ulecieć, unieść się... Porażki - nawet te towarzyszące nam tylko czasami - odbieramy jako karę i regułę, dopisując do nich dziwną filozofię, wróżąc ich nieodwracalność... Boimy się, że sytuacja się nie zmieni. Że przygniecie nas każdy kolejny cios.
Śmierć bliskiej osoby wyostrza jeszcze bardziej takie myślenie o sobie.
Myślimy o sobie jak o jakiejś ofierze, kimś kogo pech i fatum nie opuszcza. Kto utrzymuje jakieś nieszczęście blisko... A to wszystko powoduje, że stajemy się jeszcze bardziej bezbronni, podatni na zranienie, na cierpienie, ból... Oddalamy się od ludzi, oświadczamy że nie potrzebujemy litości i pomocy. Źle kojarzymy cudze zainteresowanie i przejęcie innych. Oddanie brzmi fałszywie i zbyt fantastycznie.
Przegrywamy już samym tym myśleniem o naszym życiu, wegetacji już tylko, unieruchomieniu, zatrzymaniu funkcji - odbieramy mu złudzenia, marzenia i szanse. Brak wiary i nadziei to nasz chleb powszedni.
Tkwimy w bólu nie mogąc się podnieść ze straty. Otaczający nas bliscy nie wiedzą jak rozmawiać, co przy nas mówić, czy podejść i przytulić...
Przepaść pogłębia się między nami a rzeczywistością, w żadnym z tych światów nie jest nam dobrze. Może dlatego ktoś świadomie i cały czas żyje jedynie wspomnieniami. Ktoś inny wydaje się najgorszą z opcji - przecież nie nawiążę już żadnej trwałej relacji, nie zaufam i nie pokocham po to właśnie, by nie utracić, nie przeżyć utraty - jeszcze raz.
Samotność odbiera nam siły, odbiera nadzieję oraz wyobraźnię...
Komentarze
Prześlij komentarz