Czy cokolwiek jest w stanie odmienić naszą obawę przed tym, co odczuwamy??? Przed czekającym nas publicznym wystąpieniem, przemową lub spotkaniem jakie prowadzimy. Utulić w nas rodzący się strach przed kolejnymi???
Czy złe doświadczenia i powstające w nas pęknięcia, urazy są do zabliźnienia i do zagojenia, przynajmniej w taki sposób, byśmy nie unikali w przyszłości takiej sytuacji, zwłaszcza gdy jesteśmy na dość eksponowanym miejscu, w publicznej przestrzeni, w sytuacji "ja i tłum".
Ważna uwaga, jeśli już na początku boimy się - że odbiór będzie niejednoznaczny, że są na sali ludzie nieprzychylni nam lub tacy, do jakich nasze słowa nie trafią, to warto przyjąć do siebie fakt i określoną prawdę. Tak: są - i tacy, i inni się znajdą.
Jeśli boimy się, że nie wszystko pójdzie pierwszy i kolejny raz perfekcyjnie - mimo iż pozornie nie zapomnieliśmy o niczym, i kontrolujemy sytuację - ależ oczywiście, zawsze możliwa jest wpadka czy katastrofa: sprzęt odmówi posłuszeństwa, głos się nam zawiesi - chrypka, wyłączą prąd - cokolwiek ma być - będzie...
Podobno funkcjonuje dość powszechnie takie przysłowie: "Spodziewając się najlepszego, bądźmy przygotowani na najgorsze!"
Ważne jest przede wszystkim to, co myślimy o sobie jako człowieku. W jaki sposób myślimy o treści, materiale jaki przygotowaliśmy, ale też i odbiorcy - do jakiego przychodzi nam kierować słowa. To tutaj jest "pies pogrzebany", o takie przygotowanie siebie i słów - chodzi. O ich zrozumienie - czyli wcześniejsze "opowiedzenie", zaprezentowanie ich. Najpierw w ciszy sobie, potem - komuś bliskiemu - na próbę tego wszystkiego, z czym jutro lub pojutrze wyjdziemy do innych.
To swoiste ćwiczenie, taka adaptacja do warunków i okazja do poznania własnych możliwości oraz ograniczeń: "przepuszczenie treści i słów praktycznie przez siebie", tak, byśmy nie używali sztucznych fraz, niezrozumiałych zwrotów, popracowali nad miejscem w jakim się zacinamy, nie możemy z niego przejść do dalszej części spotkania.
Kiedy indziej chodzi o proporcje, o równowagę słów. O to nie ile, ale - jak...
Byśmy nie mówili zbyt wiele, nie zagadali sprawy - nie pogubili się w wywodzie. Ale też ważne jest wsłuchiwanie się w to, co dzieje się na sali - na bieżąco. Warto jest utrzymywać kontakt wzrokowy, spojrzeć spokojnie na ludzi, a nie w strachu - zamykać oczy, odwracać wzrok. Nie jest też oznaką bezpieczeństwa bezradne i nerwowe zaglądanie w kartkę, mimo iż przygotowujemy ją właśnie na wypadek owej niepewności...
W kontakcie z ludźmi, bo przed nimi stoimy "prawie nadzy", jak się nam wydaje. Fantazjujemy, że jesteśmy tylko w swój strach i przerażenie odziani. Warto, byśmy nie ignorowali tego, co wypełnia przestrzeń - ciszy, chrząknięć, znaków napięcia, oczekiwania - na żart czy puentę.
Warto, byśmy wracali do tego w naszej prezentacji, czego jesteśmy pewni, próbując opanować powiększający się niepokój i zagubienie. Dodajmy sobie wiary, a innym pokażmy to opanowaniem i uśmiechem na twarzy - dokonałem cudu, przemogłem się, jestem dobry w tej pracy i przygotowałem się jak najlepiej.
Czasem pomaga nam skupić się i uwierzyć znów w siebie znajoma twarz, kiedy indziej - zawieśmy wzrok na życzliwym i wspierającym spojrzeniu czyichś spokojnych oczu. To przynosi ukojenie, tonizuje. Obniża napięcie.
Nie opanujemy przy pierwszych wystąpieniach całej warstwy ludzkiej fizyczności: odruchów ciała, naszej fizjologii, naszej biologii - jeśli ich nie znamy. Stąd częste ćwiczenie takich wystąpień ma szansę nam pomóc, poznać siebie. Potem - zapanować nad częścią tego, co wbrew naszej woli próbuje okazywać ciało, co rozbija każde słowo - naszą myśl, treść.
Nasze drżenie ciała, przenosi się na głos, pocenie się rąk - może odmienić wygląd i strój.
Wystąpienie publiczne jest trochę jak poligon, na szczęście można się na nim sprawdzać wiele razy. Z czasem dopiero dowiemy się czy jest to nasza domena, czy powtarzanie takich sytuacji rozwija nas i sprawia coraz większą satysfakcję, czy też jest inaczej.
Nie warto się zrażać złośliwą czy zgryźliwą uwagą...
I mnie też nie jeden raz taka sytuacja spotkała. Choćby wczoraj, podeszła do mnie nieusatysfakcjonowana nauczycielka po prelekcji w Multikinie... Miała wiele do powiedzenia, określiła moje słownictwo jako zbyt trudne do tej grupy wiekowej, a mowę - jako zbyt szybką. Nie czuła nawiązania do lektury. Brakowało jej definicji, słów, znaczeń... Zastanawiała się co ma zrobić na lekcji w klasie. Wyraźnie się nudziła, co też skomentowała razem z uczennicami zaraz po wykładzie... Nie wiedziała też co po spotkaniu dotyczącym bohaterki filmu i książki - zrobić, i jak rozmawiać z uczniami. Ot, polonistka. Pewnie dość odtwórcza - pomyślałam... Nie zrobiłam jednak w jej kierunku żadnej osobistej uwagi. Nie skrzywdziłam jej ani jednym słowem komentarza, poza prawem jej do wypowiedzi i do wolności w zakresie jej pracy i tego co w niej nadal będzie robić z lekturami, interpretacjami...
Nie tyle zaskoczyły mnie jej wątpliwości, bo każdy może je mieć, co forma. W jaki sposób i z jaką napastliwością do mnie podeszła, w pewnym momencie to były już tylko niesympatyczne pouczenia, instrukcje, zalecenia i ostry komentarz... Wylewanie żalu...
I choć była między nami rozmowa, nie było nici zrozumienia i żadnego porozumienia. Czułam wrogość, napięcie i żal. Jej problemy, kłopot w klasach... Trochę też bałam się o jej uczniów, o proporcje - co dostają na lekcjach, a co sami mogą zrobić i dać - jak wyglądają one.
Stąd szybki wniosek - nigdy nie dogodzimy wszystkim, na sali jest wielu słuchaczy, my przygotowaliśmy jedną z wersji, swoją interpretację, swoją opowieść na zadany temat.
Zawsze ktoś wyjdzie mniej zadowolony. Zawsze znajdzie się ktoś, ze swoistym skomplikowanym stanem emocjonalnym, stanem na dany dzień - z wrogością i zamknięciem, cenzurą - podchodzący do innych, atakujący. Są ludzie z takim nastawieniem do świata i osobowością, jaka nie przyjmie odstępstwa od wyobrażenia, pomysłu innego niż własny - i wreszcie tego, co ofiarowaliśmy jej i innym. O czym my powiemy - tego ona z założenia - nie przyjmie.
Niech to dla nas nie będzie tragedią...
Odpowiedzialność za słowo skierowane do innych, ale i za to byśmy nie polegli, nie pielęgnowali ran po takiej słownej wymianie leży po naszej stronie. Tę umiejętność - jak i wiele innych umiejętności społecznych - zdobywa się malutkimi kroczkami, z czasem...
Czy złe doświadczenia i powstające w nas pęknięcia, urazy są do zabliźnienia i do zagojenia, przynajmniej w taki sposób, byśmy nie unikali w przyszłości takiej sytuacji, zwłaszcza gdy jesteśmy na dość eksponowanym miejscu, w publicznej przestrzeni, w sytuacji "ja i tłum".
Ważna uwaga, jeśli już na początku boimy się - że odbiór będzie niejednoznaczny, że są na sali ludzie nieprzychylni nam lub tacy, do jakich nasze słowa nie trafią, to warto przyjąć do siebie fakt i określoną prawdę. Tak: są - i tacy, i inni się znajdą.
Jeśli boimy się, że nie wszystko pójdzie pierwszy i kolejny raz perfekcyjnie - mimo iż pozornie nie zapomnieliśmy o niczym, i kontrolujemy sytuację - ależ oczywiście, zawsze możliwa jest wpadka czy katastrofa: sprzęt odmówi posłuszeństwa, głos się nam zawiesi - chrypka, wyłączą prąd - cokolwiek ma być - będzie...
Podobno funkcjonuje dość powszechnie takie przysłowie: "Spodziewając się najlepszego, bądźmy przygotowani na najgorsze!"
Ważne jest przede wszystkim to, co myślimy o sobie jako człowieku. W jaki sposób myślimy o treści, materiale jaki przygotowaliśmy, ale też i odbiorcy - do jakiego przychodzi nam kierować słowa. To tutaj jest "pies pogrzebany", o takie przygotowanie siebie i słów - chodzi. O ich zrozumienie - czyli wcześniejsze "opowiedzenie", zaprezentowanie ich. Najpierw w ciszy sobie, potem - komuś bliskiemu - na próbę tego wszystkiego, z czym jutro lub pojutrze wyjdziemy do innych.
To swoiste ćwiczenie, taka adaptacja do warunków i okazja do poznania własnych możliwości oraz ograniczeń: "przepuszczenie treści i słów praktycznie przez siebie", tak, byśmy nie używali sztucznych fraz, niezrozumiałych zwrotów, popracowali nad miejscem w jakim się zacinamy, nie możemy z niego przejść do dalszej części spotkania.
Kiedy indziej chodzi o proporcje, o równowagę słów. O to nie ile, ale - jak...
Byśmy nie mówili zbyt wiele, nie zagadali sprawy - nie pogubili się w wywodzie. Ale też ważne jest wsłuchiwanie się w to, co dzieje się na sali - na bieżąco. Warto jest utrzymywać kontakt wzrokowy, spojrzeć spokojnie na ludzi, a nie w strachu - zamykać oczy, odwracać wzrok. Nie jest też oznaką bezpieczeństwa bezradne i nerwowe zaglądanie w kartkę, mimo iż przygotowujemy ją właśnie na wypadek owej niepewności...
W kontakcie z ludźmi, bo przed nimi stoimy "prawie nadzy", jak się nam wydaje. Fantazjujemy, że jesteśmy tylko w swój strach i przerażenie odziani. Warto, byśmy nie ignorowali tego, co wypełnia przestrzeń - ciszy, chrząknięć, znaków napięcia, oczekiwania - na żart czy puentę.
Warto, byśmy wracali do tego w naszej prezentacji, czego jesteśmy pewni, próbując opanować powiększający się niepokój i zagubienie. Dodajmy sobie wiary, a innym pokażmy to opanowaniem i uśmiechem na twarzy - dokonałem cudu, przemogłem się, jestem dobry w tej pracy i przygotowałem się jak najlepiej.
Czasem pomaga nam skupić się i uwierzyć znów w siebie znajoma twarz, kiedy indziej - zawieśmy wzrok na życzliwym i wspierającym spojrzeniu czyichś spokojnych oczu. To przynosi ukojenie, tonizuje. Obniża napięcie.
Nie opanujemy przy pierwszych wystąpieniach całej warstwy ludzkiej fizyczności: odruchów ciała, naszej fizjologii, naszej biologii - jeśli ich nie znamy. Stąd częste ćwiczenie takich wystąpień ma szansę nam pomóc, poznać siebie. Potem - zapanować nad częścią tego, co wbrew naszej woli próbuje okazywać ciało, co rozbija każde słowo - naszą myśl, treść.
Nasze drżenie ciała, przenosi się na głos, pocenie się rąk - może odmienić wygląd i strój.
Wystąpienie publiczne jest trochę jak poligon, na szczęście można się na nim sprawdzać wiele razy. Z czasem dopiero dowiemy się czy jest to nasza domena, czy powtarzanie takich sytuacji rozwija nas i sprawia coraz większą satysfakcję, czy też jest inaczej.
Nie warto się zrażać złośliwą czy zgryźliwą uwagą...
I mnie też nie jeden raz taka sytuacja spotkała. Choćby wczoraj, podeszła do mnie nieusatysfakcjonowana nauczycielka po prelekcji w Multikinie... Miała wiele do powiedzenia, określiła moje słownictwo jako zbyt trudne do tej grupy wiekowej, a mowę - jako zbyt szybką. Nie czuła nawiązania do lektury. Brakowało jej definicji, słów, znaczeń... Zastanawiała się co ma zrobić na lekcji w klasie. Wyraźnie się nudziła, co też skomentowała razem z uczennicami zaraz po wykładzie... Nie wiedziała też co po spotkaniu dotyczącym bohaterki filmu i książki - zrobić, i jak rozmawiać z uczniami. Ot, polonistka. Pewnie dość odtwórcza - pomyślałam... Nie zrobiłam jednak w jej kierunku żadnej osobistej uwagi. Nie skrzywdziłam jej ani jednym słowem komentarza, poza prawem jej do wypowiedzi i do wolności w zakresie jej pracy i tego co w niej nadal będzie robić z lekturami, interpretacjami...
Nie tyle zaskoczyły mnie jej wątpliwości, bo każdy może je mieć, co forma. W jaki sposób i z jaką napastliwością do mnie podeszła, w pewnym momencie to były już tylko niesympatyczne pouczenia, instrukcje, zalecenia i ostry komentarz... Wylewanie żalu...
I choć była między nami rozmowa, nie było nici zrozumienia i żadnego porozumienia. Czułam wrogość, napięcie i żal. Jej problemy, kłopot w klasach... Trochę też bałam się o jej uczniów, o proporcje - co dostają na lekcjach, a co sami mogą zrobić i dać - jak wyglądają one.
Stąd szybki wniosek - nigdy nie dogodzimy wszystkim, na sali jest wielu słuchaczy, my przygotowaliśmy jedną z wersji, swoją interpretację, swoją opowieść na zadany temat.
Zawsze ktoś wyjdzie mniej zadowolony. Zawsze znajdzie się ktoś, ze swoistym skomplikowanym stanem emocjonalnym, stanem na dany dzień - z wrogością i zamknięciem, cenzurą - podchodzący do innych, atakujący. Są ludzie z takim nastawieniem do świata i osobowością, jaka nie przyjmie odstępstwa od wyobrażenia, pomysłu innego niż własny - i wreszcie tego, co ofiarowaliśmy jej i innym. O czym my powiemy - tego ona z założenia - nie przyjmie.
Niech to dla nas nie będzie tragedią...
Odpowiedzialność za słowo skierowane do innych, ale i za to byśmy nie polegli, nie pielęgnowali ran po takiej słownej wymianie leży po naszej stronie. Tę umiejętność - jak i wiele innych umiejętności społecznych - zdobywa się malutkimi kroczkami, z czasem...
Komentarze
Prześlij komentarz