Ze strachu, że zbłądzimy...
Z lęku, że konieczne jest zapłacenie frycowego lub ryzyko utraty.
Ból, ofiara, rezygnacja z siebie lub własnego dobra...
Myślimy też, że nie dorośliśmy do "roli", że nie potrafimy, że nie damy rady...
Strach przed samotnością... Przed tym, że w efekcie zostaniemy (jesteśmy) sami, że zbyt mało wiemy, niewiele potrafimy, że zbyt drogo za przyjemności życia trzeba zapłacić...
Koszt "poświęcenia się", ciężar podejmowanej zmiany - rozwoju, przemiany.
A może i to, że niesiemy w sobie obawę, że nie damy rady sami (jako rodzice, jako małżonkowie, jako żona czy mąż), a to strach - że znikniemy niepostrzeżenie, nie zostawiając po sobie niczego znaczącego.
Że nasze życie może się skończyć szybko, czy też boleśnie lub też - tragicznie.
Podobno, mężczyźni boją się bardziej - truchleją też na myśl o przegranej, o rezygnacji, o kolejnym - dalszym miejscu poza podium...
Są mocniej spięci ale też zagubieni, bezradni, zdeterminowani... Stawiają poprzeczkę nierealnie wysoko. A kobiety współczesne - niepewne swej kobiecości, odosobnione w swoich przeżyciach, zaprzeczające pragnieniom i marzeniom, zmęczone domem, obowiązkami (najczęściej podwójnymi). Może i brakuje im życiowego oparcia - ale z problemami radzą sobie sprawniej lub szybciej je próbują oswoić...
Nie rezygnują łatwo. Na barki zaś - biorą zwykle więcej, niż są w stanie unieść. Padają ze zmęczenia... Coraz bardziej same, samotne...
Małżonkowie...
Razem???Wspólnie??? Gdzie tam, czasem nawet - niechętnie udzielają sobie wsparcie... Ściśle dzielą pomiędzy siebie obowiązki a nawet - punktują swoje osiągnięcia. Zyskują lub tracą w swoich oczach, zawiedzeni, rozdrażnieni. Pomoc nieumiejętna - lub też żadna.
Podobno kobiety współcześnie lepiej znoszą nowe (typowe dla zmieniającej się rzeczywistości) problemy, obciążenia, zaskoczenie nimi - nie straszna im ta "nowa rzeczywistość", częste i nieplanowane zmiany. Zaskoczenie, niepewność czy brak stabilności... Łatwiej się do nich przystosowują, odnajdując się w nowych sytuacjach i szybko zmieniających się wymaganiach. Dzielą się odpowiedzialnością chętniej. Nie gubią się tak łatwo lub też odnajdują się w tych czasach... Nie trywializują i nie relatywizują (dbają o to, co ważne i podstawowe). W kolejnych - dokładanych im obowiązkach, powinnościach czy powtarzających się - a dotkliwych - obciążeniach codziennością, nadal działają i radzą sobie.
A jeśli nawet same nie potrafią dłużej i lepiej funkcjonować - to szybciej (bądź sprawniej) szukają pomocy, mają odwagę o nią prosić... Dodatkowo - przyznają się do błędu, niewiedzy - dając sobie czas na zebranie myśli i zastanowienie się, przygotowanie następnego kroku.
Odpowiedzialność kojarzy się z ciężarem, z trudem i ryzykiem...
Wiadomo, przywilejem, darem czy wyjątkową przyjemnością - to ona nie jest...
Z lęku, że konieczne jest zapłacenie frycowego lub ryzyko utraty.
Ból, ofiara, rezygnacja z siebie lub własnego dobra...
Myślimy też, że nie dorośliśmy do "roli", że nie potrafimy, że nie damy rady...
Strach przed samotnością... Przed tym, że w efekcie zostaniemy (jesteśmy) sami, że zbyt mało wiemy, niewiele potrafimy, że zbyt drogo za przyjemności życia trzeba zapłacić...
Koszt "poświęcenia się", ciężar podejmowanej zmiany - rozwoju, przemiany.
A może i to, że niesiemy w sobie obawę, że nie damy rady sami (jako rodzice, jako małżonkowie, jako żona czy mąż), a to strach - że znikniemy niepostrzeżenie, nie zostawiając po sobie niczego znaczącego.
Że nasze życie może się skończyć szybko, czy też boleśnie lub też - tragicznie.
Podobno, mężczyźni boją się bardziej - truchleją też na myśl o przegranej, o rezygnacji, o kolejnym - dalszym miejscu poza podium...
Są mocniej spięci ale też zagubieni, bezradni, zdeterminowani... Stawiają poprzeczkę nierealnie wysoko. A kobiety współczesne - niepewne swej kobiecości, odosobnione w swoich przeżyciach, zaprzeczające pragnieniom i marzeniom, zmęczone domem, obowiązkami (najczęściej podwójnymi). Może i brakuje im życiowego oparcia - ale z problemami radzą sobie sprawniej lub szybciej je próbują oswoić...
Nie rezygnują łatwo. Na barki zaś - biorą zwykle więcej, niż są w stanie unieść. Padają ze zmęczenia... Coraz bardziej same, samotne...
Małżonkowie...
Razem???Wspólnie??? Gdzie tam, czasem nawet - niechętnie udzielają sobie wsparcie... Ściśle dzielą pomiędzy siebie obowiązki a nawet - punktują swoje osiągnięcia. Zyskują lub tracą w swoich oczach, zawiedzeni, rozdrażnieni. Pomoc nieumiejętna - lub też żadna.
Podobno kobiety współcześnie lepiej znoszą nowe (typowe dla zmieniającej się rzeczywistości) problemy, obciążenia, zaskoczenie nimi - nie straszna im ta "nowa rzeczywistość", częste i nieplanowane zmiany. Zaskoczenie, niepewność czy brak stabilności... Łatwiej się do nich przystosowują, odnajdując się w nowych sytuacjach i szybko zmieniających się wymaganiach. Dzielą się odpowiedzialnością chętniej. Nie gubią się tak łatwo lub też odnajdują się w tych czasach... Nie trywializują i nie relatywizują (dbają o to, co ważne i podstawowe). W kolejnych - dokładanych im obowiązkach, powinnościach czy powtarzających się - a dotkliwych - obciążeniach codziennością, nadal działają i radzą sobie.
A jeśli nawet same nie potrafią dłużej i lepiej funkcjonować - to szybciej (bądź sprawniej) szukają pomocy, mają odwagę o nią prosić... Dodatkowo - przyznają się do błędu, niewiedzy - dając sobie czas na zebranie myśli i zastanowienie się, przygotowanie następnego kroku.
Odpowiedzialność kojarzy się z ciężarem, z trudem i ryzykiem...
Wiadomo, przywilejem, darem czy wyjątkową przyjemnością - to ona nie jest...
Komentarze
Prześlij komentarz