Kiedy wojna jest blisko, w zasadzie już trwają ruchy wojsk i wszelkie zakusy militarne, to i ja zaczynam się zastanawiać czy nie zacząć zbrojeń, a przynajmniej budowy zgrabnego muru lub postawienia szerokiego szpaleru - tj. zasiek kolczastych...
Pozornie rodzi mi się w głowie pytanie: Czego tu się bać, pomyślałam gdy człowiek idzie się spotkać na grupie roboczej dotyczącej uczennicy - face to face a kimś z jej opiekunów... Czy też, dostaje pismo z policji, zamknięte, gdy nawet czeka ono na mnie, bo nikt w domu nie chce otworzyć, patrzy wymownie na mnie...
Dlaczego staje mi włos na karku i cierpnie mi skóra jak kotu czy psu, który nie chce wykonać komendy: "leżeć", bo mu do kontekstu pasuje raczej "waruj" - bądź czujny, gotów...
Ano niby nic, żadnego zagrożenia...
Ale gdy ja czasem spotykam się na gruncie zawodowym ze świeżym jeszcze rodzicem, z niewielkim stażem w branży, a jednak - z pełnym arsenałem słów i argumentów, rozkrzyczanym do bólu... mrozi mnie na moment - tylko.
Potem włączam wspomnienia, i wyobraźnię, i przygotowuję się do przejęcia pełnego uderzenia, jego impetu, z sercem w garści i duszą na ramieniu.
Już go widzę: "Bez zęba na przedzie". Tak mi łatwiej...
I leżącego w opadającym prochu u moich stóp...
Ot, potknął się...
I jego "chcę lub żądam", brzmi wtedy inaczej. Krzyki matki - jaka regularnie wpada na szkolny korytarz z zawołaniem: "goreeee, źle się dzieje... żądam obecności dyrektora na zebraniu", nie czynią mi już krzywdy...
Wtedy właśnie sama się zastanawiam, czy w klasie IV - zgodnie z tymi rozpaczliwymi komunikatami dochodzi już do morderstw - planowanych z zimną krwią "odstrzałów zwierzyny" czy do czystek plemiennych lub innych zabójstw - na zlecenie...
Co bowiem mogłoby tak wzburzyć rodzica??? Ukazać jego... prawdziwą twarz.
Dziwię się, że jesteśmy tu nadal i tak normalne.
Gdy przypominam sobie znaczną ilość wpadających do skrzynki szkolnej gmail (i naszych osobistych), tego typu - zaczepnych czy pełnych "pouczeń" wiadomości, uwag, pytań i skarg, o tym "co można by zrobić lepiej"... poprawić, zrobić inaczej... Eksperci...
Od dużej ilości wypominków, krytycznych komentarzy i wyrazów niezadowolenia, i innych takich... Nie wspomnę jeszcze czego. I nawet wtedy, to moje serce zaczyna krwawić i zamieniać się w kamień... naprawdę!!! O co chodzi, czy rozmowa nic nie znaczy, czy musi mieć znamiona: interwencji, petycji, odezwy, doniesienia - donosu, zgłoszenia na policję i do kuratorium??? Czy skargi na osobę - jej działanie lub jego zaniechanie! ...
To w 90% nie jest już "ludzki kontakt" tylko "spotkanie interwencyjne" lub "podjęte działania naprawcze"...
Już nie rozmowa i ustalenia, umowa partnerska - lecz "spisany kontrakt", nie plan spotkań lecz harmonogram.... itd. itp.
Nomenklatura inna, nazewnictwo zmienione. Zasięg i działanie - tożsame, dzieci niby takie jak zawsze, te same lub tylko ciut inne (większa intensywność, pobudzenie, elektryczne impulsy jak w przekaźnikach..., wyobcowane z grupy, nieumiejące współpracować), ale rodzice - z jakiejś innej rzeczywistości, innej bajki...
Mój lęk budzi już nie wygląd człowieka, nie ten, przysłowiowy - "brak zęba" na przedzie - ale furia w oczach, chęć zemsty wyrażona w głosie, to - dopadnięcie "drania".
Używanie słowa gang, mafia, przywódca lub herszt...
Gdzie ja żyję??? Co się dzieje...
Przygnębia mnie to, przywołuje znów fantazję, jaka chodziła mi po głowie kilka lat temu, po obserwacji zmiany pokoleniowej...
Wietrze wiej, wodo - z hukiem tocz kamienie... gnaj... Łapię się na tym, że moja nadzieja gaśnie, że nadal myślę: "Potopie, wróć... zalej ziemię... Utop, zatop... Oczyść. Wietrze, wiej... zgaś to wszystko, złam, pogrąż ziemię w ciemności na lat kilka". Na dobrych kilka lat...
Potem, niech może Bóg zacznie wszystko od nowa, nie od zera - ale od nowa... Od jakichś - "lepszych nas"! Bo czasem myślę sobie, że przydałoby się rozpocząć wszystko od nowa.
Pozornie rodzi mi się w głowie pytanie: Czego tu się bać, pomyślałam gdy człowiek idzie się spotkać na grupie roboczej dotyczącej uczennicy - face to face a kimś z jej opiekunów... Czy też, dostaje pismo z policji, zamknięte, gdy nawet czeka ono na mnie, bo nikt w domu nie chce otworzyć, patrzy wymownie na mnie...
Dlaczego staje mi włos na karku i cierpnie mi skóra jak kotu czy psu, który nie chce wykonać komendy: "leżeć", bo mu do kontekstu pasuje raczej "waruj" - bądź czujny, gotów...
Ano niby nic, żadnego zagrożenia...
Ale gdy ja czasem spotykam się na gruncie zawodowym ze świeżym jeszcze rodzicem, z niewielkim stażem w branży, a jednak - z pełnym arsenałem słów i argumentów, rozkrzyczanym do bólu... mrozi mnie na moment - tylko.
Potem włączam wspomnienia, i wyobraźnię, i przygotowuję się do przejęcia pełnego uderzenia, jego impetu, z sercem w garści i duszą na ramieniu.
Już go widzę: "Bez zęba na przedzie". Tak mi łatwiej...
I leżącego w opadającym prochu u moich stóp...
Ot, potknął się...
I jego "chcę lub żądam", brzmi wtedy inaczej. Krzyki matki - jaka regularnie wpada na szkolny korytarz z zawołaniem: "goreeee, źle się dzieje... żądam obecności dyrektora na zebraniu", nie czynią mi już krzywdy...
Wtedy właśnie sama się zastanawiam, czy w klasie IV - zgodnie z tymi rozpaczliwymi komunikatami dochodzi już do morderstw - planowanych z zimną krwią "odstrzałów zwierzyny" czy do czystek plemiennych lub innych zabójstw - na zlecenie...
Co bowiem mogłoby tak wzburzyć rodzica??? Ukazać jego... prawdziwą twarz.
Dziwię się, że jesteśmy tu nadal i tak normalne.
Gdy przypominam sobie znaczną ilość wpadających do skrzynki szkolnej gmail (i naszych osobistych), tego typu - zaczepnych czy pełnych "pouczeń" wiadomości, uwag, pytań i skarg, o tym "co można by zrobić lepiej"... poprawić, zrobić inaczej... Eksperci...
Od dużej ilości wypominków, krytycznych komentarzy i wyrazów niezadowolenia, i innych takich... Nie wspomnę jeszcze czego. I nawet wtedy, to moje serce zaczyna krwawić i zamieniać się w kamień... naprawdę!!! O co chodzi, czy rozmowa nic nie znaczy, czy musi mieć znamiona: interwencji, petycji, odezwy, doniesienia - donosu, zgłoszenia na policję i do kuratorium??? Czy skargi na osobę - jej działanie lub jego zaniechanie! ...
To w 90% nie jest już "ludzki kontakt" tylko "spotkanie interwencyjne" lub "podjęte działania naprawcze"...
Już nie rozmowa i ustalenia, umowa partnerska - lecz "spisany kontrakt", nie plan spotkań lecz harmonogram.... itd. itp.
Nomenklatura inna, nazewnictwo zmienione. Zasięg i działanie - tożsame, dzieci niby takie jak zawsze, te same lub tylko ciut inne (większa intensywność, pobudzenie, elektryczne impulsy jak w przekaźnikach..., wyobcowane z grupy, nieumiejące współpracować), ale rodzice - z jakiejś innej rzeczywistości, innej bajki...
Mój lęk budzi już nie wygląd człowieka, nie ten, przysłowiowy - "brak zęba" na przedzie - ale furia w oczach, chęć zemsty wyrażona w głosie, to - dopadnięcie "drania".
Używanie słowa gang, mafia, przywódca lub herszt...
Gdzie ja żyję??? Co się dzieje...
Przygnębia mnie to, przywołuje znów fantazję, jaka chodziła mi po głowie kilka lat temu, po obserwacji zmiany pokoleniowej...
Wietrze wiej, wodo - z hukiem tocz kamienie... gnaj... Łapię się na tym, że moja nadzieja gaśnie, że nadal myślę: "Potopie, wróć... zalej ziemię... Utop, zatop... Oczyść. Wietrze, wiej... zgaś to wszystko, złam, pogrąż ziemię w ciemności na lat kilka". Na dobrych kilka lat...
Potem, niech może Bóg zacznie wszystko od nowa, nie od zera - ale od nowa... Od jakichś - "lepszych nas"! Bo czasem myślę sobie, że przydałoby się rozpocząć wszystko od nowa.
Komentarze
Prześlij komentarz