Wyniki matur, później długi czas oczekiwania, niepewność i złość że mogło się więcej i lepiej, że trzeba było lepszej dyspozycji i koncentracji, gniew na siebie że i wybierać trudno i być wiernym wyborom... oczekiwanie, nerwowe i nieprzyjemne, ponad miesięczne na wyniki... To wszystko bagaż mojej maturzystki. Papiery zawieźć, papiery odebrać i - przewieźć gdzie indziej, godziny i minuty, zmieścić się w terminach, w jakimś ściśle określonym czasie... lęk, dramaturgia chwili, i... ulga. Noszenie tych trudności i znaków zapytania, różnych dążeń w sobie...
Sprzeczność dążeń - czy zostać tu w domu i mieć wszystko w zasięgu, czy przeciąć powoli pępowinę i zdać się na siebie, całkowicie i bez reszty wyznaczać rytm każdego dnia.
Później już nie wiemy z czego się cieszymy, zapominamy dlaczego... i skąd tak wiele tych gratulacji, uścisków. No i wizji oraz marzeń, pobożnych życzeń otoczenia...
Obraz dziecka, mojego malutkiego, któremu ocieram nosek - jeszcze tak niedawno, które bronię i za które się tłumaczę lub wstydzę. Które mnie rozśmiesza, które rośnie i pięknieje, rozwija swe wnętrze.
Dziecko - które pyta, podąża za, zachwyca się, przeżywa - i dzieli się z radością tym wszystkim - z innymi, ze swoimi przyjaciółmi, z nami... Różnie bywa, ale - to te dni, ten dzień, te zatrzymania i te wrażenia... na zawsze!!!
Cieszę się z nią, płaczę - z nią (nimi) i martwię się, milczę lub rozmawiam, wsłuchuję się w ich dusze i pragnienia, a że mam ich dwie - to podwójnie przeżywam te wybuchy, eksplozje kosmosów i światów równoległych...
Dziecko to cud, to cud każdy odmienny od poprzedniego, odległy od nas - niezależny, nieuległy, niepodlegający naszym ocenom. My drżymy, martwimy się, chcielibyśmy podpowiadać: jak i dlaczego, zrób inaczej, sypiemy radami - tylko po co, skoro to odrębne życie.
Nam się ciągle wydaje, że to jeszcze raz my, że to nasza szansa.
Nic bardziej błędnego!!!
Sprzeczność dążeń - czy zostać tu w domu i mieć wszystko w zasięgu, czy przeciąć powoli pępowinę i zdać się na siebie, całkowicie i bez reszty wyznaczać rytm każdego dnia.
Później już nie wiemy z czego się cieszymy, zapominamy dlaczego... i skąd tak wiele tych gratulacji, uścisków. No i wizji oraz marzeń, pobożnych życzeń otoczenia...
Obraz dziecka, mojego malutkiego, któremu ocieram nosek - jeszcze tak niedawno, które bronię i za które się tłumaczę lub wstydzę. Które mnie rozśmiesza, które rośnie i pięknieje, rozwija swe wnętrze.
Dziecko - które pyta, podąża za, zachwyca się, przeżywa - i dzieli się z radością tym wszystkim - z innymi, ze swoimi przyjaciółmi, z nami... Różnie bywa, ale - to te dni, ten dzień, te zatrzymania i te wrażenia... na zawsze!!!
Cieszę się z nią, płaczę - z nią (nimi) i martwię się, milczę lub rozmawiam, wsłuchuję się w ich dusze i pragnienia, a że mam ich dwie - to podwójnie przeżywam te wybuchy, eksplozje kosmosów i światów równoległych...
Dziecko to cud, to cud każdy odmienny od poprzedniego, odległy od nas - niezależny, nieuległy, niepodlegający naszym ocenom. My drżymy, martwimy się, chcielibyśmy podpowiadać: jak i dlaczego, zrób inaczej, sypiemy radami - tylko po co, skoro to odrębne życie.
Nam się ciągle wydaje, że to jeszcze raz my, że to nasza szansa.
Nic bardziej błędnego!!!
Komentarze
Prześlij komentarz