Lęki biorą się z niepewności, w momentach których się niespodziewany.
Czasem przychodzą jednak wtedy gdy jesteśmy spokojni i pewni siebie, osadzeni w
sobie. Skuteczni. Uprzedzając nieprzygotowanych...
Czasem towarzyszą chorobie o innym podłożu, innej naturze.
A inne - lęgną się w samotności, i tam mają swe źródło.
Opanowują człowieka powoli i nie odchodzą szybko i łatwo. Doświadczyłam
tego, będąc blisko osoby z lękiem, z wieloma nieokreślonymi - która po
przebudzeniu zanosi się szlochem, płacze, jest rozsypana, rozedrgana…
Nie wiedziałam jak to się dzieje, jak to jest możliwe aby
tak intensywnie bać się każdego dnia i siebie w tym dniu, i swojego
"nie-bycia", płytkiego bycia czy nieosadzenia. Przecież nie było płytkie.
Przerażało, odrzucało, odzierało ze złudzeń.
Ani tej osobie nie było łatwo, ani mnie.
Dotkliwe i małospójne, przerażające, byłam blisko ale już bliżej
nie mogłam. Nie istniało "bliżej". Nie mogłam też sprawić, aby
poczuła się bezpieczniej, lepiej w tym miejscu i czasie, o tej porze. Wysłuchać
i przytulić – tak, lecz jak sprawić aby jednocześnie terapeutycznie, ale i po
przyjacielsku rozmawiać, słuchać, odbarczyć, odciążyć, pomóc.
Być, a tym byciem
towarzyszyć, a nie naruszyć przestrzeni i wolności danej obojgu.
Trudne przeżycie, nie wierzyłam, że taki kłopot mi sprawi i
sprowokuje mnie do zadania sobie tak wielu pytań. Nauczenia się, ale po coś
konkretnego, jakby tym razem - nie dla siebie. Nie aby poznać… ale… poprowadzić?
Komentarze
Prześlij komentarz